Otworzyła oczy, a raczej spróbowała, bo od płakania były sklejone. Zza okna widać było, że pada, miała chociaż wymówkę przed pytaniem "dlaczego masz taki zły humor?". Poszła do toalety, ubrała się w jeansy, koszulkę i niebieski sweter. Nagle z kieszeni jej spodni dobiegł sygnał sms.
Nieznany:
Przychodzisz dziś czy jesteś mięczakiem? Ha ha powodzenia pulpecie! Chociaż się zabawimy.
Przerażona odskoczyła od telefonu. Do oczu zaczęły napływać łzy.
-Julie bądź silna-powiedziała do siebie.-Nie zrobią nic, nie mogą!
I szybko zeszła na dół gdzie rodzina czekała już przy stole.
-Ile mamy czekać? No już, siadaj-zawołał tata na progu.
-Nie mam ochoty, muszę iść prędzej dziś do szkoły. Pa.
I wyszła. Nie zważając na to, że pada deszcz szła niczym przecinak. Miała nadzieję, że nikogo ze świty nie ma jeszcze w szkole.
W rekordowym czasie dotarła do szkoły. Rozejrzała się, nikogo nie było. Co to oznaczało? Chodu do biblioteki po Marcela!
-Hej, co się stało?-zapytał gdy zobaczył dziewczynę całą zziajaną z oczami zapuchniętymi od łez.
-Oni mi grożą! Skąd oni wzięli mój numer? Marcel, boję się!
-Pokaż to.
Dziewczyna podała mu telefon. Przeczytał, podrapał się po głowie i spojrzał na nią z żalem w oczach, ta się tylko rozpłakała.
-Nie będzie źle. Nie przejmuj się. Przyjdź dziś do mnie po szkole to pogadamy, też pokażę ci co mi wysyłali. Teraz muszę iść, bo daję korki z matematyki. Trzymaj się!-stuknął Ju w ramię.
Wzięła głęboki oddech. W sumie oni do bibliotek nie przyjdą, więc jest tu bezpieczna, a raczej w miarę bezpieczna. Nagle kolejny sms, wystraszona nie wiedziała czy w ogóle otwierać tą wiadomość. W końcu ciekawość wzięła za wygraną:
Kate ♥:
Hejka! Wiem, że miałam dziś przyjść ale wzięła mnie jakaś grypa po ostatnim wypadzie, trzymaj się, eloszka! xx
-Że co?-zatkało ją.
Kolejny dzień tej męki i to sama? Niekończący się koszmar!
Dzwonek.
Nagle wszyscy jak na pożar zaczęli biec do klas. Na co im się tak spieszyło? To tylko lekcja! Julie zaczęła się przeciskać przez tłumy latających młodziaków. Nagle komuś przypadkowo nadepnęła na nogę.
-Co robisz spasła świnio?-odezwał się jej już dość znany głos.
Odwróciła się jak poparzona. To był Zayn!
-Em ja przepraszam-wybąkała z przerażeniem w oczach.
-Co za nieudacznik? Nowe buty! Jak śmiesz?-wybuchł.
Dziewczyna jak najszybciej rzuciła się w stronę klasy. Co było najgorsze? On miał lekcje w tej sali, a ona siedziała w pierwszej ławce przy drzwiach!
Nagle wszedł do klasy. On i jego świta.
Ju jak tylko mogła skuliła się w swojej ławce.
-Sms doszedł? Widać nie-nagle szepnęła jej do ucha Caroline.
Lekcje upłynęły w miarę szybko, poza wyzwiskami nic takiego się nie działo. Po ostatnim dzwonku z ulgą popędziła do domu. Na blacie leżała kartka.
Nie będzie nas cały dzień, obiad masz w lodówce. Kochamy cię, rodzice
Świetnie, może iść spokojnie do Marcela! Spojrzała na obiad.
-Nie, jesteś za gruba!-krzyknęła ze złością.
Wzięła telefon, zamknęła drzwi na klucz i ruszyła do chłopaka. Droga zajęła jej jakieś 30 minut, ale skoro Marcel miał pomóc nie reagowała nawet na dziwne spojrzenia innych przechodniów.
W końcu dotarła. Musiała przyznać, że nie tego się spodziewała. Jego dom był ogromny i piękny.
Zapukała do drzwi.
Nagle znieruchomiała.
Drzwi otworzył jej...
HARRY
-Y adres się pomyliły?-w końcu się odezwał.
-J-j-a-a-a d-d-d-o M-a-r-c-e-l-a-a-a-wydukała.
-W porządku?-powiedział się krzywiąc.-Żółtodziób u siebie, wejdź-powiedział głosem typu "spierdalaj".
W środku dom był jeszcze piękniejszy niż wydawało się to Julie 5 minut temu.
Jednak to, że w domu jest jeden z tych, którzy ją dręczą nie dało jakoś jej do podziwiania tego bogatego domu za długo.
-Gadzino ktoś do ciebie!-zaczął się drzeć lokowaty. Jednak nikt z góry się nie odezwał.-Kurwa-mruknął i poszedł do salonu.
Ju nie wiedząc co robić stała w miejscu i po woli zaczynała odmawiać każdą modlitwę byle tylko przeżyć. Nagle z salonu dobiegł głos Harrego:
-Skoro już tu jesteś to może przestań sterczeć w tym korytarzu i chodź tu, kujon pewnie poszedł jeszcze do biblioteki.
-Jak to w bibliotece?!-powiedziała pod nosem.
Drżąc przeszła do salonu. Na kanapie siedział lokowaty i Niall. Nagle chciała zapaść się pod ziemię. Marcel wracaj!
-Czy chcesz zaproszenie czy usiądziesz w końcu?-odezwał się znowu Styles, tym razem jakby trochę łagodniej.
Dziewczyna usiadła jak najdalej mogła. Próbowała skupić się na meczu, ale nadal ta cholerna świadomość kto tu jest nie pozwalała jej. Kontem oka spojrzała w ich stronę. Wyższy chłopak popijał colę i nie zwracał zupełnie na nią uwagi, blondyn za to przyglądał jej się.
Dreszcz przeszedł jej ciało.
Chciała uciekać, ale była cała sparaliżowana.
Nagle drzwi się otworzyły, wszedł Marcel.
-Przepraszam Julie, kolejka długa!
-Julie?-nagle odezwał się zdziwiony lokowaty do blondyna.
-Chodźmy do mnie.
-Ok...
Wchodząc do góry słyszała szepty z salonu.
"to ona?"
"zayn mówił, że jest gruba"
"to my mamy ją.."
"zamknij się!"
"cholera, nie zrobię jej tego"
Serce Julie zaczęło bić jeszcze szybciej...co oni chcieli zrobić?
Marcel pokazał jej listy z groźbami i smsy. Było podobnie.
Cholera, nawet bardzo podobnie.
-Dlaczego on jest u ciebie w domu?-zapytała w końcu.
-On?
-Styles.
-Em to mój brat.
-Co?!
-Nie zauważyłaś, że mamy takie same nazwiska?
-Nie brałam tego pod uwagę.
-No to teraz już wiesz.
-Własny brat cię tak gnębi?
-To przyrodni brat, ojciec miał romans. Gdy jego mama zmarła podczas porodu, urodziłem się też ja. I to z moją mamą jest. On nie może się z tym pogodzić, nienawidzi mnie.
-Co oni chcą mi zrobić?
-Uspokój się, nic ci nie zrobią.
-Nie możesz z nim pogadać?
-Rzuciłby mną o ścianę!
-Ale nie wydawali się teraz aż tacy...
-Właśnie wydawali...
-Ten drugi też taki jest?
-Nie wiem, są w świcie Zayna, to on jest szefem.
-Dzięki, muszę się zbierać.
-Odprowadzić cię?
-Nie musisz, dziękuję Marcel. Cześć.
Wyszła. Przypomniało jej się, że zostawiła w salonie telefon. Przełknęła ślinę i weszła tam. ONI nadal tam byli, patrzyli na nią jakoś dziwnie, z litością?!? Wzięła szybko swoją komórkę i wyszła. nie zdawała sobie sprawy, że jest już tak późno. Szła ulicami zamyślona. Co ją czekało?
Nagle zza muru wskoczyły jakieś trzy postacie. Zanim zaczęła krzyczeć zastawili jej usta. Zaczęli ją kopać, bić. Było ciemno, nie widziała ich twarzy, słyszała tylko śmiechy. Nagle zaczęła tracić przytomność, krew leciała strumieniami, zamknęła oczy, ciemność.
_________________________________
HEJ HEJ TO 4 ROZDZIAŁ!
PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO PO PROSTU NIE MIAŁAM WENY.
ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA
MAŁY ZWROT AKCJI
CO SĄDZICIE?
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!
DO NASTĘPNEGO!
DZIĘKUJĘ ZA MIŁE KOMENTARZE, TO MOTYWUJE ♥